Moja historia

DRUGIE ŻYCIE PO SZCZEPIENIU!!!

Witam. Nazywam się Elżbieta Dybisławska skończyłam 49 lat, urodziłam się i mieszkam w Szczecinie. Siedem lat temu dokładnie 27.09.2002r. poddałam się szczepieniu przeciwko grypie. Wcześniej jednak chorowałam na astmę, w związku z powyższym lekarze, u których się leczyłam zalecali mi szczepienie. Pod koniec dnia po wcześniejszym zbadaniu przez lekarza zakładowego otrzymałam szczepienie. Po 15 minutach poczułam wokół ust mrowienie. Pół godziny później zaczęła boleć mnie lewa łydka. Po pracy pojechałam do domu, mając nadzieję, że kiedy się "prześpię" to ból ustąpi. Mimo tego było coraz gorzej. Następnego dnia zatelefonowałam do lekarza zakładowego mówiąc co się stało, jednak pan doktor wykluczył możliwość powikłania po szczepionce. Następnie skontaktowałam się z lekarzem rodzinnym i otrzymałam dwie maści do smarowania nogi. Jednak to nic nie pomagało, ból się coraz bardzie nasilał, aż nie do wytrzymania. W sobotę i niedzielę korzystałam z porad trzech szpitali w Szczecinie, badali mnie neurolodzy i chirurdzy. W każdym szpitalu otrzymałam jakiś zastrzyk, który nic nie dawał. Następnej nocy nie zmrużyłam oka, żadne leki przeciwbólowe nie pomagały i około 4.00 powiedziałam mężowi, żeby mnie zawiózł do szpitala.

Pojechaliśmy do szczecińskiego szpitala na Odział Neurologii. Cały miesięczny pobyt pamiętam jak przez mgłę. Nie pamiętam w ilu osobowej sali byłam, a leżałam tam prawdopodobnie przez kilka dni. Pamiętam tylko, że bardzo bolała mnie lewa ręka (zrobił się stan zapalny od wenflonu). Nie wiem kto to zauważył, czy panie leżące ze mną, czy pielęgniarki. Przewieziono mnie do jednoosobowej sali i tam podjęli akcję ratowniczą, jednak nie wiem jak długo ona trwała. W tym czasie przeżyłam śmierć kliniczną... Widziałam polanę, całą we mgle, a na niej ludzi poubieranych w ciepłych, pastelowych kolorach. Wszyscy byli weseli, uśmiechnięci, starsi rozmawiali z młodszymi. I ja do nich mówiłam, ale oni mnie ignorowali. Pamiętam, że powtórzyło się to co najmniej dwa razy. Aż nagle słyszę "już jest, już jest". To lekarz z siostrą mówili między sobą.

Ponieważ opadła mi stopa, nie mogłam chodzić. Ze szpitala zostałam wypisana z rozpoznaniem "Porażenie nerwu kulszowego lewego prawdopodobnie poszczepienne. Astma oskrzelowa. Dyskopatia L4/L5. Zakrzepowe zapalenie żył lewej kończyny górnej po kanjulacji". Lekarz prowadzący zaproponował mi rehabilitację w Goleniowie, więc wyraziłam zgodę. Zawieziono mnie karetką do Szpitala Powiatowego w Goleniowie na Oddział Opieki Długoterminowej. Tam miałam być rehabilitowana. Było to w poniedziałek i właśnie od tego dnia Pani rehabilitantka była na chorobowym. Przez cztery doby podawali mi morfinę, która nie łagodziła bólu. Ponieważ nie zajmowali się mną do czwartku, a ja cały czas cierpiałam, zatelefonowała do męża, żeby mnie zabrał. Mąż przyjechał zgłosił to pielęgniarkom. Po chwili zjawił się ordynator i nalegał żebym została. Jednak pierwszy raz w życiu widziałam pewność mojego męża, który powiedział " że to miejsce nie jest dla mojej żony". Więc wyszłam z hospicjum na własne żądanie. Ze szpitala pożyczyli mężowi wózek, by mnie zawiózł do samochodu. Jednak najgorsze było wejście, a właściwie wczołganie się na drugie piętro (mieszkania). Za parę dni znów miałam pojechać na rehabilitację, tym razem do Choszczna. W trakcie oczekiwania na rehabilitację moja najlepsza przyjaciółka Ela K. umówiła mnie na wizytę u słynnego szczecińskiego chirurga-neurologa, który stwierdził, że powikłania spowodowane są szczepionką, jednak tego nie napisał.

Przyjęto mnie do szpitala w Choszcznie na Oddział Rehabilitacyjny. Lekarz ustalił mi zabiegi, między innymi naukę chodzenia o kulach, którą opanowałam pod koniec drugiego tygodnia. Zajęcia rehabilitacyjne w Choszcznie odbywają się tylko w dni robocze, a w dni wolne można wrócić do domu. Po pierwszym tygodniu rehabilitacji mąż wypożyczył wózek i spędziłam sobotę i niedzielę "u siebie". Natomiast w drugim tygodniu nie mogłam jechać, ponieważ podejrzewano grypę.

Zaczęła męczyć mnie biegunka z silnymi bólami brzucha. Skontaktowałam się z lekarzem zakładowym żeby mi pomógł tj. postarał się dla mnie o miejsce na chirurgii w szpitalu w Zdunowie. Udało mu się, ale dopiero kilka dni później. Do tego czasu jednak ból brzucha się tak nasilił, że wieczorem poproszono ordynatora chirurgii na konsultacje. Najpierw badał mnie pan ordynator, a później ginekolog. Lekarz ginekolog badał mnie kilka razy i stwierdził, że to ciąża pozamaciczna co stanowczo wykluczyłam. Zostawili mnie na oddziale do rana, na pewno dostałam jakieś silne środki przeciw bólowe, bo obudziłam się dopiero rano. Nazajutrz byłam na USG i wtedy badało mnie już trzech ginekologów. Oni stwierdzili, że jest jakaś zmiana przy jajniku. Nie przypominam sobie momentu, kiedy podpisywałam zgodę na zabieg, prawdopodobnie to uczyniłam. Nie wiem jak to wszystko się odbyło, ale po operacji trafiłam na AR-kę pod monitory. Później dowiedziałam się, że mam usunięty jeden jajnik i część esicy. Stwierdzono również, że mam zatory, które są nie do wyleczenia. Pobrane zostały też wycinki, a wynik miał być za dwa tygodnie.

Powoli pękało mi szycie na brzuchu, zgłaszałam to kilkakrotnie lekarzom i podczas kolejnej wieczornej wizyty powiedziałam, że mam jakiś wyciek z brzucha. Lekarz obejrzał mnie i powiedział, że nic nie widzi. Kazał siostrze przepasać mnie ceratą (podkładem). Nazajutrz rano zajrzałam pod folię i się przeraziłam widząc swoje jelita. Wystraszona zadzwoniłam po pielęgniarkę, która wezwała lekarza dyżurnego. Po chwili przyszedł lekarz, kazał siostrą postawić parawan, bo się przestraszę. Lekarza dyżurnego poprosiłam, żeby powiadomił mojego męża, żeby nie przyjeżdżał w odwiedziny z 10-cio letnią wówczas córka, ponieważ będę operowana. Podyktowałam lekarzowi numer telefonu, jednak pielęgniarka krzyczała, że ja mam swoją komórkę i mogę sama powiadomić rodzinę. Z trudem z szuflady wyciągnęłam komórkę, wybrałam numer telefonu do męża i coś wybełkotałam (między innym, że mam jelita na wierzchu). Dowiedziałam się, że teraz nie będę operowana ponieważ anestezjolog rozpoczyna pracę dopiero o 7.00. Na blok operacyjny zawieziono mnie o godzinie 8.00 . Na szyi już po poprzednim zabiegu miała cztery dziury, więc szybko mnie podłączyli. Pamiętam jak lekarki mówiły między sobą: "zobacz ją, jaki ma wytrzesz oczu". Natomiast ja poprosiłam je, żeby mnie obudziły, ponieważ mam 10-cio letnią córkę do wychowania. Operacja trwała prawdopodobnie do 10.00, jednak obudziła mnie lekarka o godzinie 15.00. Już wcześniej słyszałam że mam się obudzić, jednak nie dałam rady. Słyszałam swoje nazwisko i żebym oddychała płucami a nie brzuchem.

Leżałam na tej samej sali AR i na tym samym miejscu, naga przykryta tylko prześcieradłem. Byłam ledwo co żywa nie mogłam nawet przesunąć się o 1 cm na łóżku. Miałam wtedy bardzo słabe ciśnienie nawet 60/40. Na drugi dzień poczułam ból lewej ręki, uniosłam ja do góry i zobaczyłam, że jest ona opuchnięta ( znowu po wenflonie ). Nie pamiętam którego dniu był ksiądz, podszedł do mnie i dał mi ostatnie namaszczenie (może dlatego żyję). Codzienne na wizycie rannej Ordynator pytał się czemu jestem nago, ale tylko na pytaniu się skończyło. Przez trzy dni byłam tylko na wodzie od 1 łyżeczki do 200ml. Pamiętam, że miałam ogromne pragnienie na sok z marchwi, na który po kilku dniach młoda lekarka mi pozwoliła pić, była to dla mnie najlepsza wiadomość. Był to taki okres, że jeżeli bym mogła to bym skończyła ze sobą. Po leczeniu pozajelitowym miałam silną anemię i musiałam otrzymać krew. Nie pamiętam kiedy to było, ale stwierdzono u mnie zapalenia płuc i oprócz leków, które mi podawano, byłam też opukiwana po plecach, jednak później okazało się, że to zatorowość płucna.

Nie pamiętam kiedy to miało miejsce, ale jakoś kilka dni po operacji znowu zaczęłam puchnąć i wtedy podczas obchodu ordynator powiedział, żeby dali mi jakąś tabletkę, żeby nie było " chryi ". Na początku ostatniego tygodnia pobytu na Oddziale Chirurgicznym przy pomocy balkoniku po ciężkich bólach dostałam się na rozmowę do ordynatora. Z rozmowy tej wynikało, że opukiwanie nie było konieczne, wręcz nie wskazane, ponieważ ja mam zatorowość płucną ( okropnie kaszlałam).
Dowiedziałam się wtedy, że mam zakrzepy w brzuchu, na które nie ma żadnego lekarstwa. Pan ordynator poinformował mnie również, że we czwartek pojadę do szpitala w Szczecinie. To była dla mnie bardzo dobra wiadomość.

Doczekałam się upragnionego czwartku (12 grudzień), ponieważ było zimno musiałam się ciepło ubrać. Karetka musiała jechać ze mną bardzo powoli. Do szczecińskiego szpitala na Arkońskiej dotarliśmy około 10 rano. Zawieziono mnie na III piętro i pozostawiono, miałam czekać na wolną salę. Przechodziła pani kuchenkowa, więc poprosiłam ją o coś do picia. Okazało się, że była to moja koleżanka z liceum, która mnie poznała, a ja jej niestety nie. Dopiero później sobie ją skojarzyłam, była to Krysia S. Opowiedziałam co mi się stało i że jestem poważnie chora. Wtedy koleżanka szybko wkroczyła do akcji po chwili przyszły dwie panie ordynator zbadały mnie, zleciły badania które miałam zrobione od ręki (badanie żył głębokich, korono skopię). Po tych badaniach zawieziono mnie na I Odział Kardiologii.

Przez kilkanaście dni bardzo mocno kaszlałam i kiedy Pani ordynator się z tym uporała zrobiła mi badanie serca i okazało się, że przeszłam zawał i lewą komorę serca mam powiększoną i wydolną tylko w 20%. Byłam pod niesamowitym wrażeniem, kiedy pani ordynator przyszła w wolną sobotę, sprawdzić czy nie trzeba zmienić mi leczenia.

Jeszcze nic nie napisałam o ranie pooperacyjnej na brzuchu (z Choszczna). Był to już właściwie wielki ropień i każdy kto to widział nie mógł uwierzyć jak to możliwe, żeby do tej pory nie był wyleczony. W poprzednim szpitalu te opatrunki były robione niedbale, jak zresztą większość rzeczy. Pielęgniarki bardzo przejęły się tą raną i właściwie jak przechodziłam na następny oddział to prawie się zagoiła. Po trzech tygodniach byłam przeniesiona na normalną salę. Zaczęłam trochę więcej jeść, gdyż schudła ponad 16 kg ( od września 2002r. do stycznia 2003r.).

Pomimo tego wszystkiego co mnie spotkało czułam się już trochę lepiej i marzyłam, że wyjdę do domu. Moja radość jednak nie trwała długo, gdyż zaczęła się biegunka z krwią. Badania wykazały zmiany w jelicie grubym i podejrzewano chorobę Crohna. Zrobiono mi ponowne badanie jelita grubego, przeanalizowano przebieg choroby i wtedy wykryto Zespół Churga i Straussa. Dopiero w tym szpitalu rozpoznali moją chorobę. Leczenie (oprócz innych tabletek) polegało na wprowadzenie sterydów i z dnia na dzień powracałam do zdrowia.

Po tych wszystkich miesiącach pobytu w różnych szpitalach bałam się, że sobie sama nie poradzę bez opieki medycznej. Dopiero mój brat dał mi trochę do myślenia. Odwiedzał mnie z rodzina w każdym szpitalu (mieszka 200km od Szczecina) i wtedy zażartował sobie mówiąc "siostra, bo wpiszą ciebie na stan szpitala tak jak łóżko i będziesz musiała zostać na stałe". Stan zdrowia poprawiał się, ze szpitala wyszłam 30.I.2003r. Przyjechał po mnie mój mąż i zabrał mnie do domu. Cały personel medyczny Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Szczecinie na Oddziale Kardiologii i Gastrologii był na bardzo wysokim poziomie jeżeli chodzi o kompetencje i podejście do pacjentów. Wiem, że zawdzięczam tym Lekarzom i Pielęgniarkom życie. Będę do końca swoich dni o tym pamiętać i jeszcze raz wszystkim za tak wspaniałą opiekę bardzo dziękuję.
Cdn

Elżbieta Dybisławska